Relacja Tomasza Biesiadeckiego RKK OPTEAM MTB

1

21.08.2012r.




Sprinty Gorlice

Ostatni miesiąc to niemal cotygodniowe starty. 28 lipca brałem udział w Gorlickim Sprincie Rowerowym, imprezie bardzo widowiskowej i skierowanej do publiczności. Startowało w niej 16 wybranych zawodników z czołówki z południowo-wschodniej Polski.

Trasa wyznaczona była w samym centrum Gorlic, na rynku i otaczających go uliczkach.
Niestety jeszcze na treningach przed wyścigami niefortunnie się porozbijałem co na pewno wpłynęło na moją dalszą jazdę. Wyścig miał formułę eliminacyjną tzn startowało po 4 zawodników i do dalszej rywalizacji przechodziło najlepszych dwu z każdego startu. Trasa miała długość około jednego kilometra, była pełna zakrętów, nawrotów. Ścigaliśmy się po bruku z dodatkiem żwiru co bardzo utrudniało ale także uatrakcyjniało rywalizację gdyż trzeba było bardzo uważać żaby nie stracić przyczepności i upaść.

W swoim pierwszym eliminacyjnym sprincie przez większość dystansu utrzymywałem się na 2 pozycji, lecz przy przejeździe przez czynną fontannę jadąc zbyt delikatnie spadłem na 3 miejsce którego nie dałem rady poprawić do mety. Tym samym w dalszej części ścigania mogłem walczyć już tylko maksymalnie o miejsce dziewiąte. W drugim i jak dla mnie ostatnim sprincie dałem z siebie wszystko, prowadziłem praktycznie od 3 zakrętu i ostatecznie wygrałem to podejście.
Dla mnie jak i każdego startującego był to pierwszy taki wyścig, dlatego jestem teraz bogatszy o doświadczenie w nim zdobyte.

Ostatecznie zajęłam 9 miejsce na 16 startujących.

Cyklokarpaty Komańcza

4 sierpnia Cyklokarpaty zawitały do samego serca Bieszczad. W sobotni poranek startowałem w kolejnej edycji cyklu, Komańczy. Pogoda w przeciwieństwie do wcześniejszej edycji wyjątkowo dopisała i była zupełnym przeciwieństwem deszczu i zimna z Koninek.

Zaraz po starcie tak się złożyło że cały RKK Opteam prowadził peleton co musiało bardzo fajnie wyglądać i tak dojechaliśmy asfaltem do zjazdu w szutrową drogę. Wtedy nastąpił start ostry i czołówka od razu pognała do przodu, a ja niestety zostałem nieco przyblokowany przez innych zawodników a także swój organizm. Pierwsze 10 km maratonu strasznie się męczyłem i musiałem odrabiać straty. Z biegiem czasu noga coraz lepiej się kręciła i w końcu dojechałem większą grupkę zawodników z dystansu giga i mega w której jechał min. Krzysiek Gajda (kolega z teamu) Wojtek Szlachta z Strzyżów Mtb Team a także Lukasz Szumiec z JSC. W takiej grupce jechałem już praktycznie do samego szczytu Chryszczatej. Po drodze zaczął się długi podjazd na przełęcz Żebrak gdzie odstawał nieco Wojtek i czekał na niego Krzysiek a ja wiedziałem, że i tak mnie dogonią i jechałem swoim tempem. Od przełęczy jechaliśmy już w trójkę i starałem się urwać na technicznych odcinkach. Przed szczytem odjechał nam Wojtek którego już nie daliśmy rady dogonić na zjeździe do drugiego bufetu. Po krótkim postoju na uzupełnienie picia i jedzenia czekał nas stromy i bardzo gorący podjazd na pobliski szczyt Suliłe. Tam wywracając się na jakiś korzeniu straciłem kontakt do Krzyśka i na zjeździe mimo starań nie dałem rady go dogonić. Następne kilometry do pokonywanie rzeki Osławicy w poprzek kilkukrotnie w poprzek co dawało nieco wytchnienia od gorąca ale skutecznie wypłukiwało olej z łańcucha.

Po rozjeździe na giga dowiedziałem się że jadę na 3 pozycji na skutek zgubienia się wcześniej Krzyśka. Ostatnie kilometry prowadziły po trasie hobby i w większości składały się z nudnych prostych po asfalcie. Około 8 km do mety na zjedzie łańcuch spadł mi poza korbę i tak skutecznie się zaklinował że doprowadzenie napędu do ładu trwało dobre kilka minut i w tym czasie widziałem jak zbliża się do mnie pogoń kogoś z dystansu giga. Popełniłem znów ten sam błąd co przegrywając podium na Skandii w Nałęczowie tzn starałem się uciec dwójce zawodników ale zostałem doścignięty około 2 km przed metą. Ostatni kilometr to była nieustanna walka o dobrą pozycję do ostatecznego finiszu. Jednak nie dałem za wygraną i na blokadzie zaatakowałem na ostatnim lekkim wzniesieniu do mety i w końcu wygrałem sprint.

Maraton ukończyłem na 3 miejscu w kategorii i 4 open.

Mtb marathon Korbielów

Wyjazd do Korbielowa był niejako sprawdzianem teamu na tle czołówki Polski w maratonach na imprezie którą niektorzy określają jak ,,pure mtb,, tzn prawdziwe kolarstwo górskie z ciężkimi długimi podjazdami, karkołomnymi zjazdami a nie jakieś ściganie po parkach i polach.

Do dalekiego jak na Cyklokarpatowe ściganie Korbielowa wybraliśmy się z samego rana licząc że zdążymy bez przygód na start giga o 10.

Jak to zwykle bywa nie wszystko poszło jak miało pójść także na miejscu pojawiliśmy się jakieś pół godziny przed startem czego bardzo ale to bardzo nie lubię bo zbierając się w pośpiechu zawsze coś musi pójść nie tak. Tym razem była to tylko albo aż dziurawa dętka w przednim kole która nie chciała się uszczelnić nawet po wbiciu pianki i którą musiałem dopompowywać dwukrotnie na trasie maratonu tracąc cenny czas. 10 minut przed startem mojego dystansu czyli jak zawsze najdłuższy zorientowałem się że zgubiłem klamrę w bucie co skutkowało tym że but ledwo trzymał mi się na nodze. Szybka decyzja i spięliśmy z but zipami co pozwalało myśleć o starcie, ale później się okazało, że spięty był zbyt mocno i stopa bolała mnie cały czas jazdy.

Po starcie dystansu giga i lekkim zjeździe do samej wioski zaczął się pierwszy podjazd ustawiający całą stawkę. Jak na moje standarty był ogromny i rekordowy bo pokonywaliśmy na odcinku 9 km non stop pod góre około 700 m w pionie i wjezdżaliśmy na górujący ponad 1350m.npm. Szczyt Sypurzeń. Cały podjazd był bardzo stromy najerzony kamieniami a także w części pokryty błotem. Podjazd zacząłem z samego ogonu peletonu ale skutecznie przesuwałem się w stawce wraz z rosnącą wysokością W połowie podjazdu złapałem Krzyśka i tak już jechaliśmy całą tras. Po dotarciu na szczyt trasa biegłą dalej granicą Polsko-Słowacką i nie dawała chwili wytchnienia ale za to obfitowała w piękne widoki których niestety nie dane nam było zbytnio podziwiać. Zjazdy były trudniejsze niż kiedykolwiek, pełne luźnych kamieni i najmniejszy błąd lub zawachanie mogło kosztować w najlepszym przypadku utratą cennego czasu a w gorszym upadkiem.

Na jednym z kolejnych zjazdów Krzysiek niefortunnie stracił ponowanie nad rowerem i się
wywrócił o czym się dowiedziałem dopiero na końcu zjazdu kiedy poinformował mnie o tym inny zawodnik. Kontynuowałem jazdę sam ale po około pół godziny Krzysiek mnie dognił i dalej już do mety podążaliśmy razem. Na podjeździe do bufetu złapał mnie kryzys i dopiero po tym jak zjadłem coś w końcu siły wróciły i znów zacząłem gonić pod górę. Dojechałem znów kolegę z teamu i tak zaczęliśmy ostatni zjazd do mety. Był to najtrudniejszy odcinek w dół jaki przyszło mi jechać nie dość że prowadził trawersem po stromym zboczu to jeszcze najeżony był korzeniami i kamieniami niekiedy bardzo ostrymi które skutecznie mogły wyeliminować z dalszej jazdy przecinając oponę. W pewnym momencie głazy były tak duże że praktycznie nie dało się w tym miejscu jechać i chyba większość zawodników sprowadzała w tym miejscu. Krzysiek został na tym podjeździe z tyłu i nie starał się już gonić za wszelką cenę a ja czułem że dobrze mi idzie i pognałem w dół. Ostatnie kilkaset metrów asfaltu i dojeżdżam do mety gdzie spiker wymawia moje nazwisko i wiem że tak ciężkiej trasy jeszcze w życiu nie jechałem ale im trasa jest trudniejsza tym większa jest przyjemność z jej pokonania.

Rywalizajce skończyłem na 7 miejscu w kategorii i 12 open co jak na konfrontacje z czołówką Polski wydaje się całkiem niezłym wynikiem i napawa optymizmem.

Tomasz Biesiadecki

———————
GRATULUJEMY I ŻYCZYMY KOLEJNYCH UDANYCH STARTÓW !!!

1 KOMENTARZ

  1. gratulacje przede wszystkim za pasję, ale "redaktor" wrzucając tekst mógłby się choć troszkę wysilić i zrobić kosmetykę tekstu poprawiając chochlikowe błędy.

    0

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here